Szukaj

moderncatholic.pl

Miesiąc

Lipiec 2015

Pieniądz – dzieło szatana?

money-1240597

Pieniądz

Środek płatniczy, instrument tezauryzacji, przedmiot marzeń, rozważań i dywagacji milionów ludzi na świecie, mamona, przyczyna wojen, powód do grzechu, narzędzie miłosierdzia. Wszystkie te sformułowania stanowią bliższe lub dalsze synonimy słowa pieniądz. To, że są one tak dramatycznie od siebie odległe pokazuje, z jak niejednoznacznym fenomenem mamy do czynienia, jak ostrożnym trzeba być w moralnych ocenach bogactwa i jak trudno znaleźć równowagę między całkowitym odrzuceniem dóbr, a kompletnym uzależnieniem od nich. Skoro więc tak nietrudno pobłądzić, istnieje potrzeba wypracowania „drogowskazu”.

Narodowe tabu

Przewodniki turystyczne po Polsce dla obcokrajowców często zaznaczają, że kwestii finansowych lepiej jest unikać w rozmowie z Polakami. Trudno się z tym nie zgodzić. O pieniądzach mówi się u nas niechętnie, prosić o nie po prostu nie wypada, a zapytanie kogoś o wysokość wynagrodzenia jest już absolutnym faux-pas. Tabu to wykorzystywane jest przez tych, którym jego istnienie przynosi korzyść. Dowodem na to jest fakt, że większość z nas nie ma zielonego pojęcia, ile zarabiają nasi współpracownicy nawet na równorzędnych stanowiskach, co gdzie indziej wydaje się absurdalne. Dodatkowo, jak każde tabu, temat pieniędzy powoduje w naszym społeczeństwie napięcie, które nierozładowane prowadzi często do konfliktów. Przykład? Nie wiemy, ile tak dokładnie zarabia nasz szef/wikary w naszej parafii/lekarz w naszej przychodni/sąsiad wyjeżdzający do Niemiec, wychowanie nie pozwala nam go o to zapytać, choć wydaje się nam, że może mu się powodzić lepiej od nas. Zaczynamy więc odczuwać do niego szereg negatywnych uczuć, które tłamszone wybuchają w tej czy inny sposób, czego najprościej doświadczyć czytając komentarze na losowej stronie internetowej.

Ubóstwo Jezusa

Wielu ludzi, szczególnie w Polsce, jest przekonanych, że chrześcijaństwo nakazuje bycie ubogim materialnie. Osoby nieutożsamiające się z Kościołem szczególnie często w „życzliwy” sposób pouczają jego członków o tym, że rzekomo mają żyć w biedzie, tak jak rzekomo robił to Jezus. Przeświadczenie o ubóstwie materialnym Świętej Rodziny wzmacnia polski folklor. Wystarczy przypomnieć sobie, jak przedstawiają scenę narodzenia polskie kolędy; oto uboga kobieta w ciąży niemająca nawet pieluszek dla swojego dziecka rodzi w zimnej stajni, bo nie stać jej na gospodę. Nasza świadomość wyjątkowo łatwo ignoruje fakt, że Matka Jezusa urodziła go w grocie nie z braku funduszy (w końcu z mężem próbowali wynająć pokój w „hotelu”, czego raczej nie robiliby nie mając pieniędzy), a z prozaicznego faktu pełnego obłożenia wszystkich okolicznych gospód. Nie zadajemy sobie również zbyt często pytania, jak to możliwe, że ten „ubogi” Jezus nosił bardzo drogą tunikę, o którą rzymscy żołdacy urządzili losowanie.

Kościół a pieniądz

Temat dóbr materialnym był podejmowany przez ludzi kościoła od starożytności. Św. Jan Kasjan, ojciec Kościoła, podzielił rzeczy na trzy kategorie: rzeczy dobre, złe i moralnie obojętne. Do rzeczy dobrych zaliczył jedynie cnotę, do złych – grzech, wśród obojętnych znalazły się inne, m. in. bogactwo, ubóstwo, uroda, siła fizyczna, sława i potęga. Rzeczy te nie są ze swej natury ani złe ani dobre. Ich moralna ocena uzależniona jest od postawy osób, które je posiadają. Bogactwo może służyć człowiekowi jedynie do zaspokajania własnych zachcianek – jest wtedy czymś złym, ale może też być środkiem do czynienia rzeczy dobrych. Według takiego rozumowania, zainteresowanie pomnażaniem pieniądza, może być pożądane, moralnie pozytywne. W tym kontekście przychodzi na myśl zdanie wypowiedziane przez Margaret Thatcher: „Nikt by nie pamiętał o dobrym Samarytaninie, gdyby miał tylko dobre intencje. By przejść do historii, musiał mieć też pieniądze.” Gdyby człowiek ten nie był wystarczająco bogaty, jego możliwości pomocy byłyby ograniczone. Bogactwo jest człowiekowi dane, jako narzędzie do rozwoju społeczeństwa. Takie rozumienie bogactwa nakłada na ludzi zamożnych, przedsiębiorców odpowiedzialność. Św. Bernardyn ze Sieny mówi, osoby te mają obowiązek inwestować swoje pieniądze w nowe działania gospodarcze przyczyniając się do wzrostu gospodarczego. Nagannym jest według niego angażowanie kapitału wyłącznie w pożyczanie na wysoki procent, gdyż to dusi społeczeństwo zamiast pomagać mu w rozwoju. Jak łatwo zauważyć, myśl ta przez ostatnie sześćset lat nie straciła nic na aktualności.

Jak widać, Kościół zarówno w starożytności, jak i w średniowieczu nie obawiał się poruszania kwestii związanych z życiem gospodarczym. Znany jest zapewne wszystkim jego głośny sprzeciw wobec praktyki lichwiarskiej. Zaangażowanie Kościoła w życie gospodarcze nie ograniczało się jednak do aspektu teoretycznego. Antylichwiarskie nauczanie Kościoła u schyłku średniowiecza w Italii znalazło wyraz w organizowaniu tzw. banków pobożnych (monti di pietà). Оrganizacje te, działające na zasadzie non-profit, rozwijane z inicjatywy bernardynów (zbieżność z imieniem wspominanego Św. Bernardyna nieprzypadkowa) miały za zadanie wspomagać najbiedniejszych kredytem na warunkach korzystniejszych niż rynkowe. W odróżnieniu od większości istniejących w owym czasie instytucji kredytowych (często pozostających w rękach żydowskich) pożyczały one na nielichwiarski, tj. umiarkowany procent. Warto zauważyć, że w owych czasach (rzekome ciemne średniowiecze) za lichwiarskie uznawano pożyczki powyżej 20%. Szybki research w polskim Internecie uświadomi nam, że dziś całkiem sporo banków i innych instytucji stosuje RRSO powyżej tego progu. Nie można jednak zapomnieć, że działalność ruchu mendykanckiego (tj. zakonów żebraczych) umożliwiła jednak wypłacanie inwestorom umiarkowanych odsetek od zdeponowanego kapitału, uznając je za sprawiedliwą zapłatę za „zamrożenie” środków. Samo złożenie depozytu w banku pobożnym było zresztą uznawane za swoistą jałmużnę.

Inną postacią związaną z zakonem franciszkańskim wartą wspomnienia w kontekście bankowości jest Luca Pacioli, równieśnik i współpracownik Leonarda da Vinci, twórca stosowanego do dziś podwójnego zapisu księgowego, podstawy nowożytnej rachunkowości.

Przyszłość

Mimo, że od czasów ojców pustyni zmieniło się wiele, pewne rzeczy pozostają niezmienne. Jest wśród nich zadanie zaangażowania się chrześcijan w budowanie zdrowego i moralnego społeczeństwa. Zadanie to, wydaje się, jest w Polsce realizowane jedynie częściowo. Katolicy angażują się na przykład w kwestie związane z seksualnością i życiem rodzinnym, oddając jednocześnie walkowerem walkę na polu gospodarki i finansów. Kościół, którego powinnością jest, oprócz prowadzenia wiernych do zbawienia, także przekazywanie wszystkim ludziom „recepty” na szczęśliwe życie na ziemi niechętnie podejmuje się pogłębionych studiów i propagowania moralności w życiu gospodarczym, która przecież jest jednym z filarów zdrowego społeczeństwa obywatelskiego. Co ciekawe, rozmowa na tematy ekonomiczne wydaje się dziś dla przeciętnego księdza bardziej kłopotliwa niż dywagacje nad seksualnością człowieka. Dzieje się tak mimo ewidentnej potrzeby podejmowania wzmożonego wysiłku na rzecz promocji moralności szczególnie w kontekście targających dzisiejszym światem kryzysów finansowych i gospodarczych, których główną przyczyną jest przecież brak tejże moralności! Brak jasnego stanowiska może tylko pogłębiać w społeczeństwie szereg fałszywych przekonań oraz brak właściwego zrozumienia, czym jest ewangeliczne ubóstwo, do czego służyć ma pieniądz itp. Warto przyglądać się inicjatywom podejmowanym w tej kwestii przez katolików w innych krajach (np. amerykańskim think tankom jak np. acton.org), żeby uzmysłowić sobie potrzebę, istotność i wykonalność tego zadania… No i wziąć się do roboty.

Serce czy rozum?

book-1568672

Serce czy rozum?

Wyobraźmy sobie, że zaczepiamy na ulicy przypadkową osobę i zadajemy jej pytanie, czy obecnie żyjemy w epoce rozumu, czy emocji. Jaka padłaby odpowiedź? Zakładam, że w większości przypadków zapytany odparłby, że początek XXI w. to epoka rozumu i racjonalności.

Brzmi logiczne? Pewnie, że tak. W końcu technologia się rozwija. Nauka i medycyna potrafią w naukowy sposób wyjaśnić zjawiska,  które jeszcze niedawno uchodziły za cud. Większość krajów naszego kręgu kulturowego oddzieliła drastycznie sferę polityczną od religijnej, ba… tę drugą już dawno zredukowaliśmy do kwestii prywatnej, która nie powinna objawiać się w poważnych życiowych decyzjach, które przecież należy podejmować z użyciem mózgu, a nie serca. Jesteśmy racjonalni, inwestujemy w edukację i rozwój naszych dzieci, a najwięcej naszej uwagi zajmują kwestie ekonomiczne naszych krajów. Chyba nigdy w historii nie było lepiej.

Człowiek prawie racjonalny

A jednak coś tu nie pasuje. Skoro jesteśmy tak racjonalni, to skąd taka popularność wróżek i horoskopów, medycyny alternatywnej, filozofii dalekowschodnich i tym podobnych rzeczy niemających przecież z racjonalnością wiele wspólnego. Dlaczego dzisiejsza kultura wpaja nam, że przy wyborze życiowego partnera mamy „słuchać głosu serca”, a jeśli wydaje się nam, że wybór jednak był nietrafny, sugeruje, że żeby owego partnera porzucić, nawet jeśli z racjonalnego punktu widzenia oznacza to katastrofę dla naszej rodziny, bo w końcu „najważniejsze jest być szczęśliwym” (Nieprzekonanym, że tak jest proponuję obejrzenie kilku seriali, posłuchanie porad psycholożki z programu śniadaniowego, albo poczytanie prasy). Czy nie jest dziwnym, że wpisanie słowa „wierzę” w wyszukiwarkę generuje następujące wyniki: Flavio Paixao: Wierzę w awans!, Cipras: podpisałem porozumienie, w które nie wierzę, Angela Merkel: nie wierzę w małżeństwa jednopłciowe, Miller: Wierzę, że lewica znów sięgnie po władzę itp. Czy dla racjonalnie myślącego człowieka polityka i sport są kwestiami wiary? Czy nie powinny one przypadkiem podlegać chłodnej analizie bez zaangażowania emocji?

Homo oeconomicus

Teoria ekonomii i zarządzania od jakiegoś czasu wycofuje się z wizji „homo oeconomicus”, według której człowiek miał podejmować decyzje w sposób racjonalny. Zauważono (dość późno), że natura człowieka mu na to po prostu nie pozwala. Człowiek zwyczajnie nie potrafi być całkowicie racjonalny. Nie jest w stanie podejmować absolutnie obiektywnych decyzji, jego wybory zawsze obarczone pewną dozą relatywizmu. Wiedza o tym powinna pozwolić nam na traktowanie siebie z większą pokorą, której nam najczęściej brakuje. Skoro wiemy, że nasze decyzje nie są pozbawione subiektywizmu, nie powinniśmy podchodzić do nich z ostrożnością. Przedsiębiorstwa w celu zobiektywizowania procesu decyzyjnego opracowują skomplikowane  procedury mające minimalizować ryzyko błędów.

Między wiarą a rozumem

Osobom nieposiadających większej wiedzy teologicznej, wiara i rozum moją pozornie wydawać się przeciwstawne. Przeciętny komentator niechętny Kościołowi  jest w stanie upierać się przy poglądzie, według którego racjonalizm jest zaprzeczeniem wiary i religii. Poglądy takie w naszym kręgu kulturowym nie są niczym nowym, pojawiają się co pewien czas przynajmniej od Oświecenia.

Tymczasem Kościół katolicki stanowczo odrzuca podobne poglądy uważając, że wiara i rozum wzajemnie się uzupełniają, jako że jedno i drugie pochodzi od Boga. Błędne jest w tym kontekście zarówno oddziałanie kwestii wiary od kwestii rozumu, jak również przedkładanie wiary (i emocjonalności) nad rozum. Kościół katolicki zresztą posiada długą i bogatą historię badania więzi obu tych rzeczywistości (filozofia chrześcijańska).

Religijność w pojęciu katolickim nie może być więc zredukowana jedynie do sfery uczuć. Gdyby tak było, postawy wiernych cechowałoby się niestałością i relatywizmem. Jak szybko jak zmieniają się nasze uczucia, tak szybko musielibyśmy zmieniać postawy względem Boga i religii. Religijność taka nie miałaby większej wartości. Religia oparta wyłącznie na naszych emocjach byłaby religią nas samych, a nie religią Boga, którego cechuje stałość i niezmienność. „Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota”. (Mk 7, 21-22). Człowiek kierujący się wyłącznie emocjami podejmuje decyzje błędne.

Emocjonalność a religijność

Poważne traktowanie własnej wiary wymaga wyjście poza sferę emocji i rozumowe jej poznawanie. Podstawą jest to, żeby nie zbanalizować praktyk religijnych sprowadzając je do sfery chwilowych uniesień i emocji, za którymi nie stoi głębsza refleksja intelektualna. Człowiek nie powinien zatrzymać się w swoim rozwoju religijnym na etapie uczuć. Pojawiające się nowe formy pobożności nakierunkowane na sferę emocji powinny być wstępem do dalszego intelektualnego poznawania Boga i religii. Podejście antyintelektualne, jakie czasem się pojawia, jest, oczywiście prostsze w promocji i odbiorze, ale skutkuje relatywizmem w postawach katolików, a także brakiem umiejętności intelektualnego uzasadniania wyznawanych przez nich wartości wobec samych siebie oraz niewierzących. Dla tych ostatnich, argument czysto religijny, niepoparty podstawą naukową i filozoficzną nie stanowi i nie może stanowić żadnej wartości. Odwrotnie, pogłębia wrażenie, że wiara nie ma nic wspólnego z rozumem.

Co dalej?

Świat nie jest tak racjonalny, jak się nam wydaje. Nasze decyzje podejmowane, gdy kierujemy się emocjami często są złe. Religia bez rozumu zamienia się w banalny relatywizm. Wiemy to, więc powinniśmy zainwestować trochę więcej czasu w intelektualny rozwój.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑