book-1568672

Serce czy rozum?

Wyobraźmy sobie, że zaczepiamy na ulicy przypadkową osobę i zadajemy jej pytanie, czy obecnie żyjemy w epoce rozumu, czy emocji. Jaka padłaby odpowiedź? Zakładam, że w większości przypadków zapytany odparłby, że początek XXI w. to epoka rozumu i racjonalności.

Brzmi logiczne? Pewnie, że tak. W końcu technologia się rozwija. Nauka i medycyna potrafią w naukowy sposób wyjaśnić zjawiska,  które jeszcze niedawno uchodziły za cud. Większość krajów naszego kręgu kulturowego oddzieliła drastycznie sferę polityczną od religijnej, ba… tę drugą już dawno zredukowaliśmy do kwestii prywatnej, która nie powinna objawiać się w poważnych życiowych decyzjach, które przecież należy podejmować z użyciem mózgu, a nie serca. Jesteśmy racjonalni, inwestujemy w edukację i rozwój naszych dzieci, a najwięcej naszej uwagi zajmują kwestie ekonomiczne naszych krajów. Chyba nigdy w historii nie było lepiej.

Człowiek prawie racjonalny

A jednak coś tu nie pasuje. Skoro jesteśmy tak racjonalni, to skąd taka popularność wróżek i horoskopów, medycyny alternatywnej, filozofii dalekowschodnich i tym podobnych rzeczy niemających przecież z racjonalnością wiele wspólnego. Dlaczego dzisiejsza kultura wpaja nam, że przy wyborze życiowego partnera mamy „słuchać głosu serca”, a jeśli wydaje się nam, że wybór jednak był nietrafny, sugeruje, że żeby owego partnera porzucić, nawet jeśli z racjonalnego punktu widzenia oznacza to katastrofę dla naszej rodziny, bo w końcu „najważniejsze jest być szczęśliwym” (Nieprzekonanym, że tak jest proponuję obejrzenie kilku seriali, posłuchanie porad psycholożki z programu śniadaniowego, albo poczytanie prasy). Czy nie jest dziwnym, że wpisanie słowa „wierzę” w wyszukiwarkę generuje następujące wyniki: Flavio Paixao: Wierzę w awans!, Cipras: podpisałem porozumienie, w które nie wierzę, Angela Merkel: nie wierzę w małżeństwa jednopłciowe, Miller: Wierzę, że lewica znów sięgnie po władzę itp. Czy dla racjonalnie myślącego człowieka polityka i sport są kwestiami wiary? Czy nie powinny one przypadkiem podlegać chłodnej analizie bez zaangażowania emocji?

Homo oeconomicus

Teoria ekonomii i zarządzania od jakiegoś czasu wycofuje się z wizji „homo oeconomicus”, według której człowiek miał podejmować decyzje w sposób racjonalny. Zauważono (dość późno), że natura człowieka mu na to po prostu nie pozwala. Człowiek zwyczajnie nie potrafi być całkowicie racjonalny. Nie jest w stanie podejmować absolutnie obiektywnych decyzji, jego wybory zawsze obarczone pewną dozą relatywizmu. Wiedza o tym powinna pozwolić nam na traktowanie siebie z większą pokorą, której nam najczęściej brakuje. Skoro wiemy, że nasze decyzje nie są pozbawione subiektywizmu, nie powinniśmy podchodzić do nich z ostrożnością. Przedsiębiorstwa w celu zobiektywizowania procesu decyzyjnego opracowują skomplikowane  procedury mające minimalizować ryzyko błędów.

Między wiarą a rozumem

Osobom nieposiadających większej wiedzy teologicznej, wiara i rozum moją pozornie wydawać się przeciwstawne. Przeciętny komentator niechętny Kościołowi  jest w stanie upierać się przy poglądzie, według którego racjonalizm jest zaprzeczeniem wiary i religii. Poglądy takie w naszym kręgu kulturowym nie są niczym nowym, pojawiają się co pewien czas przynajmniej od Oświecenia.

Tymczasem Kościół katolicki stanowczo odrzuca podobne poglądy uważając, że wiara i rozum wzajemnie się uzupełniają, jako że jedno i drugie pochodzi od Boga. Błędne jest w tym kontekście zarówno oddziałanie kwestii wiary od kwestii rozumu, jak również przedkładanie wiary (i emocjonalności) nad rozum. Kościół katolicki zresztą posiada długą i bogatą historię badania więzi obu tych rzeczywistości (filozofia chrześcijańska).

Religijność w pojęciu katolickim nie może być więc zredukowana jedynie do sfery uczuć. Gdyby tak było, postawy wiernych cechowałoby się niestałością i relatywizmem. Jak szybko jak zmieniają się nasze uczucia, tak szybko musielibyśmy zmieniać postawy względem Boga i religii. Religijność taka nie miałaby większej wartości. Religia oparta wyłącznie na naszych emocjach byłaby religią nas samych, a nie religią Boga, którego cechuje stałość i niezmienność. „Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota”. (Mk 7, 21-22). Człowiek kierujący się wyłącznie emocjami podejmuje decyzje błędne.

Emocjonalność a religijność

Poważne traktowanie własnej wiary wymaga wyjście poza sferę emocji i rozumowe jej poznawanie. Podstawą jest to, żeby nie zbanalizować praktyk religijnych sprowadzając je do sfery chwilowych uniesień i emocji, za którymi nie stoi głębsza refleksja intelektualna. Człowiek nie powinien zatrzymać się w swoim rozwoju religijnym na etapie uczuć. Pojawiające się nowe formy pobożności nakierunkowane na sferę emocji powinny być wstępem do dalszego intelektualnego poznawania Boga i religii. Podejście antyintelektualne, jakie czasem się pojawia, jest, oczywiście prostsze w promocji i odbiorze, ale skutkuje relatywizmem w postawach katolików, a także brakiem umiejętności intelektualnego uzasadniania wyznawanych przez nich wartości wobec samych siebie oraz niewierzących. Dla tych ostatnich, argument czysto religijny, niepoparty podstawą naukową i filozoficzną nie stanowi i nie może stanowić żadnej wartości. Odwrotnie, pogłębia wrażenie, że wiara nie ma nic wspólnego z rozumem.

Co dalej?

Świat nie jest tak racjonalny, jak się nam wydaje. Nasze decyzje podejmowane, gdy kierujemy się emocjami często są złe. Religia bez rozumu zamienia się w banalny relatywizm. Wiemy to, więc powinniśmy zainwestować trochę więcej czasu w intelektualny rozwój.